
Idą święta! Spotkamy się więc wszyscy przy rodzinnym stole. Ale kogo musi połączyć ów stół, by można go było nazwać rodzinnym? Czy prawdziwa rodzina to więzy krwi, mama, tata i gromadka dzieci? Otóż niekoniecznie.
Model rodziny, obecnie zwany tradycyjnym, ma najkrótszy przebieg w historii zjawiska, jakim jest rodzina. „Bo rodzina, jak wszystkie inne społeczne instytucje, jest historycznie zmiennym zjawiskiem” mówi prof. Hanna Palska, socjolożka, doktor habilitowana nauk humanistycznych, profesor nadzwyczajna Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz Collegium Civitas. „I przez większość historii ludzkości wyglądała zupełnie inaczej, niż wygląda dzisiaj”. Wielopokoleniowa, wielodzietna, pełna ciepła i miłości rodzina to romantyczna wizja, która może i przemawia do wyobraźni, ale z prawdą historyczną nie ma wiele wspólnego.
Pierwsze próby zrozumienia
Rodzina, choć jest początkiem każdego z nas, ciekawość naukowców zaczęła budzić dopiero jakieś 200 lat temu. Pierwsze prace naukowe, jednak stanowiły bardziej zbiór domniemań na temat początków rodziny, niż zbiór faktów.
Hanna Palska: „Uczeni wyobrażali sobie te początki tak: ludzie żyli w dużych grupach, zwanych hordami pierwotnymi. W tych grupach wszyscy sypiali ze wszystkimi, więc kiedy kobiety rodziły dzieci, nikt nie wiedział, kto je spłodził – nie znano więc instytucji ojca. Efekt: władzę dzierżyły kobiety”.
W dodatku (a był to etap społeczności zbieracko-łowieckich) znakomitą większość pożywienia dostarczały także kobiety. Nic więc dziwnego, że – skoro wierzenia religijne są sublimacją stosunków społecznych – w tamtych czasach wszystkie czczone bóstwa były rodzaju żeńskiego.
Ciekawe? Owszem. Tylko że nie całkiem prawdziwe. Okazuje się, że rodzina, zwana przez socjologów nuklearną – czyli składająca się ze stanowiących osobną komórkę społeczną dwójki dorosłych – była typowa dla ludzkiego gatunku, zanim jeszcze nauczyliśmy się prowadzić osiadły tryb życia.
„Monogamia jest najstarszym typem relacji małżeńskiej, zapewne ze względu na ludzką naturę, którą cechuje zazdrość, potrzeba wyłączności i chęć posiadania” mówi prof. Palska.
Jednak na tych wczesnych etapach organizacji społecznej inaczej zajmowano się dziećmi: ze względu na charakter organizacji zadań, dzieci stanowiły rodzaj wspólnotowego obowiązku i wszyscy chowali wszystkie dzieci. Być może do tamtych czasów nawiązuje stare wiejskie porzekadło, że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski.
Palska: „Sytuacja się zmienia, gdy ludzkość przestawia się na rolnictwo. Uprawa roli jest tak ciężką pracą, że zdobywanie pożywienia staje się domeną mężczyzn. Rośnie więc ich znaczenie w grupie, spada zaś znaczenie kobiety. I znów reaguje na te zmiany religia: bóstwa nabierają płci męskiej. I takie już zostają”.
Wygląda więc na to, że rodzina nuklearna powstała 1 – 5 milionów lat temu. Mieliśmy czas się przyzwyczaić. I nic dziwnego, że trudno nam sobie wyobrazić jej jakikolwiek inny kształt.
I że cię nie opuszczę…
Małżeństwo też jest w sumie stare jak świat. A przynajmniej stare, jak cywilizacja, bo już starożytni Rzymianie zawierali oficjalne małżeństwa, które obejmowały jednego wolnego mężczyznę z rzymskim obywatelstwem oraz jedną kobietę. A rytuał zawarcia związku obejmował podanie sobie prawych dłoni i wymianę pierścieni.
Ale zanim zwolennicy tradycyjnego modelu rodziny zdążą zatriumfować, wyjaśnijmy: na tym podobieństwa do dzisiejszego modelu się kończą. Reszta to… same różnice.
„Po pierwsze, pierwotnie kobieta nie musiała na taki związek wyrazić zgody – i nikt jej o nią nie pytał” wylicza prof. Palska. „Po drugie, małżeństwo nie służyło zaspokojeniu potrzeb emocjonalnych, ale rodowych lub majątkowych zobowiązań oraz produkcji „dobrego” potomstwa. Po trzecie, kobieta stawała się własnością męża, którego władza nazywała się manus maritalis. Po czwarte, panna młoda składała przysięgę wierności małżeńskiej, ale wierność nie obowiązywała mężów, którzy mogli swobodnie uprawiać seks, z kim chcieli”.
Co więcej, w niższych sferach społecznych powszechny był zwyczaj kupowania narzeczonych oraz… uprawomocniania konkubinatu! Wystarczyło bowiem, że kobieta mieszkała z mężem pod jednym dachem przez cały rok i miała prawo zostać uznana za żonę. No, chyba że spędziła w przez ten rok trzy noce gdzie indziej – wtedy prawo do pozycji żony przepadało.
Kwestia rodzicielstwa też wyglądała inaczej: inwestowano wyłącznie w synów. Córki były nieopłacalne, skoro i tak przechodziły na własność męża. Ojciec musiał też oficjalnie uznać każde dziecko, nawet urodzone przez jego żonę. Jeśli tego nie zrobił, dziecko bywało oddawane lub sprzedawane w niewolę.
Gdzie te czułe babcie?
Wielopokoleniowe rodziny, w których starsze pokolenia wspierają młodsze w wychowaniu potomstwa – i które, niestety (wzdech, wzdech), odeszły w przeszłość – też okazują się być przyjemnym mitem.
Prof. Palska: „Rodzina preindustrialna, czyli typowa dla okresu, poprzedzającego rewolucję przemysłową w XVIII w, składała się z ojca, matki i nielicznego potomstwa. Rodzina historycznie dostosowywała się do realiów ekonomicznych i tylko rodziny najbogatszych mieszczan miewały więcej niż dwójkę dzieci. Plebejskie rodziny były mało liczne, a wiele osób w ogóle rodzin nie zakładało, bo nie miały do tego warunków ekonomicznych”.
Wbrew współczesnemu wyobrażeniu, ludzie kiedyś wcale nie pobierali się młodo. Zawierali związki, gdy zdążyli już popracować i wzbogacić się na tyle, że było ich stać na własną rodzinę – bo decyzja o założeniu rodziny była decyzją o charakterze ekonomicznym i taki był też ogólnie jej cel.
Jak pisze dr Tomasz Szlendak w swojej Socjologii rodziny, średni wiek zawierania małżeństwa dla kobiety w 1600 r wynosił 24-27 lat, a dla mężczyzny 27-30 lat; jeszcze 100 lat później pierwsze dziecko kobiety rodziły, mając lat 30. Biorąc więc pod uwagę, że ludzie żenili się późno, umieralność dzieci wynosiła nawet do 50 proc. (prawie połowa dzieci nie dożywała piątych urodzin), a średni czas życia człowieka wynosił ok. 40 lat – nie zostaje zbyt dużo czasu na montowanie rodziny wielopokoleniowej.
Wczesne śluby i pomoc dziadków są typowe dla lat 50. XX w., więc ta nostalgia za mijającą „starą tradycją” jest raczej nostalgią za dniem zaledwie wczorajszym. Trzysta lat wcześniej panna młoda przed dwudziestką była raczej dziwacznym wyjątkiem – pisze dr Szlendak.
Luksus intymności
Przez wieki panował obyczaj, że młodzi mieszkali osobno. Obyczaj ten trudno było „przeskoczyć”, bo przez prawie całą historię ludzkości wybór małżonka nie miał nic wspólnego z uczuciami.
„Małżeństwa były aranżowane. Ludzie się zakochiwali, owszem, ale zazwyczaj poza małżeństwem. Instytucja małżeństwa miała na celu budowę pozycji ekonomicznej i człowiekowi bez majątku nikt córki za żonę nie oddawał” wyjaśnia prof. Palska.
Dr Szlendak dodaje, że znacząca pula ludności w ogóle nie zakładała rodzin, bo nie było ich na nie stać, a wzrost demograficzny między XVI a XVII wiekiem był na poziomie niemalże zerowym.
Jeśli jednak rodzina już została założona, a dzieci spłodzone, wszyscy mieli za zadanie pracę we wspólnym rodzinnym interesie. Dr Szlendak: „Na wsi rodziny chłopskie prowadziły wspólnie gospodarstwo rolne, w mieście członkowie rodziny pracowali i żyli w obrębie wspólnego warsztatu rzemieślniczego czy kantoru kupieckiego”.
Ludzie nie mieli wolnego czasu ani prywatnej przestrzeni. Mieszkanie było jednocześnie warsztatem, tyle że na dzień rozkładano produkcję, a na noc – ławy i łóżka. Nie istniała intymność w dzisiejszym znaczeniu. Nikt nie miał swojego pokoju, w jednym łóżku spało po kilka osób. Myto się, uprawiano seks, załatwiano się przy innych – służbie, rodzinie, obcych.
„Rodziny były organizowane jak dzisiejsze firmy, a funkcja ekonomiczna była najważniejszą funkcją rodziny przez wieki” podkreśla prof. Palska. Nie chodziło o komfort, ciepło czy miłość, ale o przetrwanie.
Miłości, dodaj nam skrzydeł
Kiedy do rodziny wkracza miłość? Późno.
Wiek XIX to czas rodziny wiktoriańskiej, w której już jest intymność, wstyd, prywatność – ale jednocześnie totalne oddzielenie mężczyzny i kobiety. Żony nabierają statusu czystych i świętych, mężowie je szanują, ale nie kochają. Seks uprawiają poza domem – nigdy wcześniej na świecie nie było typu burdeli i prostytutek, co wtedy.
Ale zaszła pewna zmiana, bo – jak powiedział Tom Crook, brytyjski historyk – dom stał się stanem umysłu, a nie miejscem, przeznaczonym do spania. Stąd do miłości już tylko krok.
„I rodzina zrobiła ten krok na początku XXw, kiedy kobiety się wyemancypowały i ruszyły do pracy zawodowej” streszcza prof. Palska. „To praca zawodowa pozwoliła kobietom wyjść z domu i zacząć bywać w świecie, poznawać mężczyzn i się w nich zakochiwać – a do tego zyskiwać niezależność finansową, która pozwoliła im wybierać, czy chcą tego, czy tamtego mężczyznę”.
I dziś mamy rodzinę, której głównym zadaniem jest spełnianie naszych emocjonalnych potrzeb. Zakładaną z potrzeby serca, a nie dla połączenia majątków.
Nie tylko biologia
„Dziś już nie chodzi o to, czyja krew płynie w twoich żyłach. Dziś ważne jest, kto jest ci bliski” mówi Beata Wolfram-Krukowska, psycholog. „Współcześnie rodzina opiera się głównie na więzi emocjonalnej: wzajemnym szacunku i radości z obecności drugiej osoby”.
Rodzina ma być bezpiecznym miejscem, w którym nauczysz się obsługi emocji, szukania pomocy, radzenia sobie z życiem oraz problemami.
Beata Wolfram-Krukowska: „Rodzina powinna uczyć podstawowych relacji, obsługi emocji, nawiązywania bliskości i bycia w niej, zaufania do świata, gotowości do szukania i przyjmowania pomocy. To są umiejętności absolutnie niezbędne do życia”.
Ale czy musi to być tzw. rodzina tradycyjna? „Nie. To musi być rodzina kochająca – i tyle. Kształtowania więzi dziecko uczy się od pierwszego opiekuna i nie jest najistotniejsze, czy będzie to mężczyzna, czy kobieta. Bliskość, zaufanie i akceptację możemy dostać od kogoś, z kim łączą nas więzy krwi, ale też od osoby, z którą nie łączy nas żadne pokrewieństwo” wyjaśnia psycholog.
Jak powiedział amerykański pisarz, Armistead Maupin, autor powieści Tales of the city, rodzina może być biologiczna i logiczna. Biologiczna – wiadomo. Logiczna – to taka, którą sobie sami wybieramy, otaczając się ludźmi, z którymi łączy nas wspólnota poglądów, podobna temperatura przeżywania życia, zrozumienie, wizja świata i rzeczywistości.
A najlepsze, że takie wybory działają! „Rodzina jest nam potrzebna do bliskości, bo bliskość jest naszą absolutną, uniwersalną i podstawową potrzebą” mówi psycholog. „Od życia embrionalnego do biologicznej śmierci potrzebujemy bliskości: fizycznej, emocjonalnej, psychicznej – każdej. Potrzebujemy kogoś, o kim wiemy na pewno, że nas nie odrzuci, nie potępi, przyjmie takich, jakimi jesteśmy i zaakceptuje w 100 proc. I to się może przydarzyć także poza biologiczną rodziną”.
A czy możliwe jest znalezienie spełnienia w rodzinie międzygatunkowej? Zdaniem Beaty Wolfram-Krukowskiej – tak. Bo „bliskość” nie musi się równać „człowiek”. Jeśli szczęście, spokój, satysfakcję odczuwasz w towarzystwie swoich dwóch psów – w porządku. Zwierzęta też mogą dać ci to, co innym (być może) daje rodzina: poczucie więzi i bezwarunkową akceptację.
Ok, powiesz, ale co dalej? Jaki z tego wniosek? Ano taki, że jesteś wolna i możesz wybierać, kogo posadzisz przy stole, który nazwiesz rodzinnym. Potrzebujesz rodziny, bo każdy z nas jej potrzebuje – ale w sumie nieważne, czy nazwiesz ją rodziną, klanem, plemieniem, związkiem czy stadem. Możesz wybierać. I jesteś wolna.
Tekst ukazał się w czasopiśmie FASHION Magazine, 2019



